Edmund Lipnicki - Przewodniczący Zarządu Związku Gmin "Pisa - Narew"
z siedzibą w Piszu.

Wywiad dla dziennika Rzeczpospolita który ukazał się 7 czerwca 2017 r.

Rz: W połowie maja przedstawiciele województw warmińsko-mazurskiego, podlaskiego oraz mazowieckiego podpisali list intencyjny o współpracy przy promowaniu szlaku Pisa–Narew. To mało znana droga wodna. Jakie są jej atuty?

Edmund Lipnicki: Pisa i Narew, a dalej Bug i Wisła, to jedyna droga wodna na Mazury. Przed wojną spławiano tędy towary aż do Gdańska, a gdy my byliśmy dziećmi, wszystkie jachty właśnie tędy ciągnęły do i z Krainy Wielkich Jezior. Pisa jest w Polsce najszybciej płynącą rzeką w obszarze nizinnym i jedną z najbardziej krętych w Europie. Jeśli ktoś płynął już Krutynią i wciąż jest pod wrażeniem spływu początkowym odcinkiem szlaku, to niech pomnoży to przez dziesięć, a potem jeszcze przez siedem. Bo Pisą–Narwią można płynąć przez tydzień. Szlak liczy 120 km i obfituje w niedostępne dla przeciętnego turysty obszary leśne czy trzcinowiska.

Na czym ma polegać współpraca regionów na rzecz nowego szlaku wodnego?

Szlak przebiega przez tereny pięciu należących do naszego związku gmin (łącznie rzeka przepływa lub idzie po granicy ośmiu gmin) i trzech województw. Żeby za kilka lat stworzyć prawdziwy produkt i rozpoznawalną markę turystyczną, nam potrzeba opieki i pomocy marszałków. Jeśli projekt Pisa–Narew tworzony będzie metodą „chałupniczą" i „po gospodarsku", to nie powstanie nigdy.

Mamy za sobą ponad dziesięć lat doświadczeń i gminy pozostawione same sobie, bez kurateli i wsparcia poważnych partnerów, nigdy nie stworzą jednolitego produktu. To, co jest atutem szlaku, jest zarazem jego bolączką. Szlak jest długi, a tereny wzdłuż rzeki należą do Lasów Państwowych, samorządów lokalnych, skarbu państwa i właścicieli prywatnych. Różny też jest ich status prawny. Ten teren podlega ochronie przyrody, a położony tuż obok to np. działki rolne. Jeśli chcemy tworzyć wzdłuż szlaku bazę turystyczną, to potrzeba wielu różnego rodzaju dokumentów, uzgodnień i pozwoleń. Marszałek województwa ma, że tak powiem, trochę większą „moc sprawczą". Poza tym marszałkowie są dysponentami środków UE. Jeśli szlak ma powstawać w trzech regionach, to nie można sobie tego wyobrazić bez współpracy między nimi. Dlatego tak bardzo cieszymy się z podpisania listu intencyjnego.

Jaka w wypromowaniu szlaku jest rola związku, którym pan kieruje?

Na początku to na nas spocznie główny ciężar promocji. Na pewno nie będzie to jakaś skostniała agenda odcinająca kupony od ruchu turystycznego, tylko twórczy i kreatywny zespół. Proszę pamiętać, że jest to związek gmin, a więc ciało utworzone przez samorządy. Jego członkowie są rozliczani z efektów pracy przez radnych. Spodziewam się, że z czasem promocję przejmą firmy, które będą oferować usługi turystyczne. Wspomniany szlak na Krutyni jest dziś „samograjem", bo przez 20 lat dorobił się takiej marki, że samo słowo Krutynia jest promocją. Zanim dopracujemy się takiego stanu, upłynie na pewno wiele wody w Pisie i Narwi, a na promocję potrzeba będzie środków. Bez pomocy marszałków nie ruszymy. Zresztą ta promocja już trwa i odkąd podpisali list intencyjny, o szlaku zrobiło się bardzo głośno, a nasza rozmowa też jest tego zdarzenia pokłosiem.

Co w pana ocenie jest potrzebne, by Pisa rzeczywiście mogła konkurować z Krutynią – rzeką najpopularniejszą wśród kajakarzy odwiedzających Mazury?

Przede wszystkim – nie konkurować; Pisa–Narew wcale chleba Krutyni nie zabierze. Ten tort jest tak ogromny, że Krutynia już od dawna przypomina ul. Marszałkowską. Trudno skupić się na przyrodzie, gdy przez cały czas trzeba uważać na inne kajaki. Krutynia przez lata obrosła w touroperatorów, gdzie popyt i podaż napędzają się od lat. Tam liczy się każdy kawałek ziemi, bo tu są placki, tam naleśniki, a jeszcze dalej kiełbaski z rusztu. Nam potrzeba dróg dojazdowych dla transportu ludzi i sprzętu. Potrzeba parkingów i toalet. Potrzeba prądu i wody. Gdy rozmawialiśmy z kilkoma operatorami z Ukty i Krutyni, czemu mając taki sprzęt i doświadczenie nie zainteresują się nieodkrytą, a chyba znacznie ciekawszą i zupełnie pustą Pisą, odpowiadali pytaniami: a gdzie starsza pani wysiądzie i gdzie zrobi siusiu? W wypadku niemieckiego turysty trzeba infrastruktury, bo sama serdeczna polska gościnność nie wystarczy.

Nowa droga wodna ma dać nowe miejsca pracy i podnieść walory turystyczne regionu. Może pan podać szczegóły: ile miejsc pracy przybędzie, jakie będą inwestycje itp.

Nie robiliśmy takich analiz i nawet nie potrafię tego oszacować. Rzut oka na Krutynię pokazuje, że przewija się tam 15–20 tys. ludzi w sezonie. Ostrożnie licząc. Ile to obiadów, zakupów, kwater prywatnych? Ile osób do obsługi kajaków i ich transportu? A ile osób zatrudnionych w szarej strefie? Gdyby rzecz była nierentowna, to nie byłoby spływów, a przecież ruch na rzece nie słabnie. Zresztą powiem szczerze – samorząd to nie urząd skarbowy. Mazury to region piękny, ale biedny. Niech na Pisie i Narwi zarabia kto tylko może i jak potrafi.

Jak pan wspomniał, Pisa to chyba najbardziej zaniedbana turystycznie rzeka na Mazurach. Nie ma miejsc do przycumowania, nie ma pól namiotowych, nie ma gdzie zatankować paliwa, coś zjeść czy chociażby przenocować. Jak to zmienić?

Bardzo prosto. Wystarczy, że burmistrz Pisza namówi swoich kolegów, żeby każdy z nich poszedł do swojego marszałka i pokazał mu, jaką piękną przyrodniczą perełką dysponuje jego województwo. Potem trzeba przekonać marszałka Gustawa Brzezina (chociaż jego wcale nie trzeba było przekonywać), aby on z kolei zawołał swoich kolegów, czy nie można by czegoś z tą perełką zrobić z pożytkiem dla ludzi i świata. Potem trzeba znaleźć środki, najlepiej w Brukseli, na budowę podstawowej infrastruktury szlaku i powiadomić świat, jak taką perełkę można zobaczyć.

Jak pan wspomniał, Pisa to chyba najbardziej zaniedbana turystycznie rzeka na Mazurach. Nie ma miejsc do przycumowania, nie ma pól namiotowych, nie ma gdzie zatankować paliwa, coś zjeść czy chociażby przenocować. Jak to zmienić?

Bardzo prosto. Wystarczy, że burmistrz Pisza namówi swoich kolegów, żeby każdy z nich poszedł do swojego marszałka i pokazał mu, jaką piękną przyrodniczą perełką dysponuje jego województwo. Potem trzeba przekonać marszałka Gustawa Brzezina (chociaż jego wcale nie trzeba było przekonywać), aby on z kolei zawołał swoich kolegów, czy nie można by czegoś z tą perełką zrobić z pożytkiem dla ludzi i świata. Potem trzeba znaleźć środki, najlepiej w Brukseli, na budowę podstawowej infrastruktury szlaku i powiadomić świat, jak taką perełkę można zobaczyć.

Kto miałby finansować utworzenie nowej drogi, infrastruktury i ile to ma kosztować?

Wszystko jest do dyskusji, ale punktem wyjścia jest budowa infrastruktury przez samorządy lokalne. Czas pokazał, że gminne budżety nie poradzą sobie z udźwignięciem takich inwestycji i powinny one zostać sfinansowane z dostępnych środków europejskich. Kluczem jest tu zgranie czasowe działań we wszystkich gminach jednocześnie. Dlatego wszystkie prace należy tak skoordynować, aby wszystko gotowe było co do dnia i minuty. Wtedy można będzie ogłosić, że szlak Pisa–Narew jest otwarty. Tu jest minutówka, tu jest las referencyjny po huraganie, tam umocnienia z I wojny światowej, tam rezerwat bociana czarnego, a tam możecie zwiedzić zabytkowy kościółek. Bo Pisa–Narew to nie tylko rzeka i przyroda. Wzdłuż szlaku jest naprawdę wiele ciekawych miejsc i kawał historii.

120 kilometrów pięknych widoków

Pisa i Narew to rzeki tworzące szlak wodny północno-wschodniej Polski oraz szlak tranzytowy łączący Wisłę z Krainą Wielkich Jezior Mazurskich. Obie należą do największych rzek nizinnych w Polsce. Szlak liczy 120 km. Składa się na niego rzeka Pisa (80 km) oraz fragment rzeki Narew od ujścia Pisy w Nowogrodzie do Ostrołęki (40 km).

Szlak prowadzi przez gminy: Pisz, Nowogród, Zbójna i Ostrołęka. Są na nich obszary cenne przyrodniczo, m.in. Puszcza Piska (drugi pod względem wielkości kompleks leśny w Europie) oraz Czartoryskie Jałowce (ok. 180 ha porośniętych tylko jałowcami różnej wielkości).